środa, 1 grudnia 2010

czy można kochać kota?

Pewnego dnia zjawiło się w domu coś małego, czarnego, z dyndającą na podbrzuszu kuleczką. W miejscu, gdzie pracował mój ślubny okociła się kotka. Ludzie bez serca i sumienia chcieli pozbyć się trzech kociąt, wymyślili więc, że najlepiej będzie, jak wrzucą je do pieca i spalą. Na szczęście ślubny był szybszy, rozdysponował koty po pracownikach, a najmniejszego, który schował się w masce spawalniczej, wziął ze sobą. Jechał do domu nie wiedząc jak zareaguję, bo biorąc pod uwagę moją alergię, w domu nie mogło być żadnych zwierząt. Gdy wyjął kociątko z kieszeni koszuli, maleństwo natychmiast zażądało jedzenia głosem nad wyraz donośnym. A w domu niczego, co nadawałoby się dla juniorka. Może dać mu mleka? - zapytałam.
Dziecko na to:- daj mu ale nie zimne, podgrzej je, bo kocię się jeszcze przeziębi.
Natychmiast też poleciał po piasek do piaskownicy, coby kot miał gdzie załatwiać swoje potrzeby. Pomyślałam, że w tej piaskownicy załatwiają się różni różniści, wyparzyć ten piasek by trzeba, więc do piekarnika powędrował.
Następnego dnia zaczęłam poszukiwania domu dla kota, bo przecież nie możemy zatrzymać go.Ale te poszukiwania były bardzo niemrawe, bo kotek był cudny, załatwiał się tylko i wyłącznie w piasku,jadł, aż uszka mu się trzęsły, rozweselał wszystkich i wydawał się nam najpiękniejszym kotkiem na świecie. To coś dyndające mu na podbrzuszu okazało się głęboko uwięźniętą przepukliną, którą należy operować.( Przy okazji wizyty u weterynarza, kotek okazał się kotką.) Nadszedł dzień operacji, malutka ważyła zaledwie 600 gram, ale każdy dzień był już loterią. Wzięłam wolne w pracy, maleństwo na ręce, synów w obwodzie i poszliśmy. Kotka została zważona, dawka środka usypiającego przygotowana..... i w chwili, gdy trzymałam ją na kolanach czekając aż środek zacznie działać, nie wiedząc czy to jej serduszko tak bije, czy moje tak wali, zadecydowałam, że nigdzie jej nie oddam, że zostanie już z nami.
I została, prawie osiem lat jest z nami i ciągle się zastanawiamy, jak mogliśmy wcześniej bez niej żyć.
A tak na marginesie: od momentu zaistnienia kota w naszym domu, i namolnego włażenia jej na mnie co noc, ani razu nie miałam ataku astmy.



Jak tu nie wierzyć w uzdrawiającą moc kota?
Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule- tak, można i trzeba kochać kota.
Moja psiapsiólka stwierdziła, że jestem niereformowalną miłośniczką kotów,sama też stwierdzam, że mam kota na punkcie kota.
Pozdrawiam.

1 komentarz:

rzeka pisze...

Jaka piękna historia... :-)