niedziela, 24 listopada 2013

Opowieśc taka sobie..............

Długo mnie na blogu nie było, bardzo długo...........
Z każdym dniem coraz trudniej było mi zacząc pisac, nie wiedziałam od czego zacząc, bo tyle się w moim życiu działo.
Po bardzo długim pobycie za morzem i powrocie do kraju, nareszcie mogłam życ tak jak chciałam. Dalej dużo podróżowałam i za granicę i po Polsce, robótkowałam, cieszyłam się wnuczką, zaczęłam intensywną naukę języka obcego czyli robiłam wszystko to, co najbardziej kocham.
Czas zaplanowany miałam dokładnie, kalendarz musiał byc pod ręką, bo bałam się, że o czymś zapomnę;)))
Tyle planów, zajęc, spotkań.
Tak było do sierpnia.
Właśnie wtedy los powiedział: hola, hola, przeciez ona ma za dobrze, jakieś kłody może rzucic jej pod nogi?
I jak postanowił, tak zrobił.
Najpierw  choroba mojej Mamy i słowa lekarza, że mamy byc gotowi, bo w każdej chwili Mama może odejśc. Szok, zaskoczenie, bo jak to? Mama też jest śmiertelna? przecież zawsze była, jest, więc powinna dalej z nami byc.
Na szczęście moja Mama nie poddała się. Jest silną, cudowną kobietą.  Wiemy, że nigdy już nie będzie dobrze, ale na razie Jej stan jest ustabilizowany, i mamy nadzieję, że jeszcze długo cieszyc będziemy się Jej obecnością.
Ale jak wiadomo, los nie rzuca tylko jednej kłody, o nie, musi zrobic coś jeszcze, by uprzykrzyc człowiekowi życie.
Więc przyszła kolej i na mnie.
Od lat, regularnie poddaję się badaniom mammograficznym. Po pierwszym w moim życiu badaniu wyniki były nie najlepsze. Nie opiszę całej gehenny,którą przeszłam nim okazało się, że guzek jest zwyczajnym guzkiem, nieoperacyjnym, tylko do obserwacji. Nie macie pojęcia jaką odczułam ulgę.
I tak sobie żyłam spokojnie a kolejne badania pokazywały, że jest ok.
Aż do tego roku.
W sierpniu znaleźli coś nowego. Na początku nie bardzo było wiadomo, co to jest. Ani kolejna mammografia, ani usg nie dały jasnej odpowiedzi, co za paskudztwo usadowiło się w mojej piersi. Pani doktor powiedziała, że to prawdopodobnie mały węzełek chłonny, ale żeby to potwierdzic trzeba zrobic biopsję gruboigłową.
Zrobili, powiedzieli, że zadzwonią, gdy będą wyniki.
Zadzwonili, są wyniki biopsji, pani przyjedzie.
Pani pojechała, spokojna, wyluzowana, bo przecież to tylko zagubiony węzełek.
I na dzień dobry słowa: przykro mi, nie mam dla pani dobrych wiadomości.
Wynik badania histopatologicznego powalający: rak o najwyższym stopniu złośliwości, agresywny, trudny w leczeniu, dający szybkie przerzuty.
Natychmiastowe skierowanie do leczenia operacyjnego.
Ale przecież wiemy, że nic nie idzie natychmiast. Czekanie jest nieuniknione, bo przecież nie ma wolnych miejsc w szpitalu. Chcesz czy nie, czekac musisz na swoją kolej.
Więc żyłam sobie dalej, dalej robiłam to, co lubię, zrezygnowałam jedynie z podróży. Nie myślałam zbyt wiele nad stworem który mnie zaatakował i nie zadawałam sobie pytania dlaczego ja. Jestem tylko jedną z wielu kobiet, które to dotknęło, dotyka i będzie dotykac.
Och, nie będę udawac, że nie miałam chwili załamania, że nie poryczałam się jak głupia. Owszem, była taka chwila, ale tylko jedna. Ryczałam z wściekłości, że od teraz nie będę panią swojego czasu, że od teraz życ będę musiała pod dyktando lekarzy, że układac życie będę mogła tylko od wizyty do wizyty w szpitalu. To mnie właśnie bolało najbardziej.

Dziś jestem już po operacji. I znowu czekam. Tym razem na ostateczne wyniki histopatologiczne i decyzję, jakie będzie dalsze leczenie. Czy będzie to radioterapia czy chemioterapia.A może kolejna operacja, bo przez to czekanie na łóżko, drań wielokrotnie powiększył swoją objętośc i jakaś jego częśc mogła gdzieś się ukryc przed skalpelem;)))
W szpitalu, w "swojej" sali poznałam cudowne kobiety w różnym wieku. Radosne, optymistyczne, pełne życia, choc potraciły piersi. Z humorem opowiadały o protezach, które sobie sprawią, o fantazyjnych nakryciach, w których ukrywac będą łysiejące po chemii głowy. Wierzcie mi, nie użalałyśmy się nad swoim losem, każda z nas wracając z sali operacyjnej, ledwie wybudzona z narkozy, gromko wołała o kawę i ciacho:)) I choc wiedziałyśmy, że zamiast kawą, wodą ledwie zwilżą nam usta i tak miałyśmy sporą porcję śmiechu. I może to głupio zabrzmi, ale dobrze się razem bawiłyśmy.

Wiem, ze czeka mnie bardzo długie leczenie, ale nie jestem tym  przerażona. Ja po prostu wiem, że tak jak moja Mama poradzę sobie z chorobą.
Tylko to czekanie........... 
 Nie piszę tego postu po to, by się użalac nad sobą, czy robic sensację, lecz by zmobilizowac te z Was, które myślą, że choroba dotyka tylko innych, do badania piersi. W szpitalu spotkałam panią, która mimo zaproszeń do badania, nie skorzystała z nich i dopiero gdy guz był ogromny, udała się do lekarza. Niestety, miała juz przerzuty i straciła obie piersi.
Czyli, nie czekajcie kobietki. Pewnie napiszę slogan, ale naprawdę rak to nie wyrok i im wcześniej wykryty, tym większa szansa na jego uleczenie.
Ja w każdym razie wiem, że będę zdrowa:))
czego  i Wam życzę:)))
Pozdrawiam ciepło
Alicja





5 komentarzy:

Black Cat pisze...

Alicjo ciesze sie ze zmobilizowalas sie i na pisalas ten trudny, ale bardzo mądry post. Życzę Ci jak najlepszych wyników i spokoju ducha! Mocno sciskam i serdecznie pozdrawiam

Molka pisze...

Życzę siły i wytrwałości! Musisz pokazać , kto silniejszy !Nie ma wątpliwości , jeżeli czujesz , że będzie ok , to tak będzie. Trzymam kciuki . Pozdrawiam serdecznie. Dzięki za odwiedziny i komentarz.

grazyna pisze...

Jestes niesamowita! Twoj optymizm i wiara,ze wszystko skonczy sie dobrze jest w Tobie wspaniale!! i tak bedzie, bedzie dobrze! sciskam Cie serdecznie

Aga pisze...

Witaj Alu, przezylas trudne chwile i walke z choroba na ktora sie nei ma wplywu ale dasz rade, jestes silna i zwyciezysz. Trzymaj sie. pozdrawiam goraco
Aga

Black Cat pisze...

Alu gratuluję, poproszę o adresik na maila czarnykott@gazeta.pl do przesłania niespodzianki :-)